Uncategorized

Na co czekasz?

Powiem Wam w tajemnicy, że Zbyszek od początku nie spełniał moich oczekiwań.

I powiem Wam coś jeszcze. Ja też nie spełniałam jego.

Nie był ode mnie wyższy (jak to w moich wyobrażeniach o przyszłym mężu), nie potrafił się domyślać (choć zapowiadało się, że nie jest „typowym mężczyzną”) i miał mnóstwo nawyków, które sprawiały, że jak patrzyłam na to wszystko z boku, nasuwało się tylko jedno: „Jak tak można?!”

Myślę, że i ja zaskoczyłam go moim wybujałym dramatyzmem (gdy nie odbierał telefonu i spóźniał się z pracy przeżywałam jego możliwy wypadek, długie leczenie a może nawet resztę mojego życia spędzoną bez niego w żałobie), królewskim chorowaniem (wyszłam z domu, gdzie wokół chorego wszyscy „skakali”; Zbyszek natomiast za nic w świecie nie mówi o swoich dolegliwościach😉) i mnóstwem nawyków, przy których to jemu nasuwało się tylko jedno pełne zdziwienia pytanie: „Jak tak można?!”.

A jednak po podjęciu decyzji o ślubie i podczas wspólnych prawie 7 lat małżeństwa nigdy nie mieliśmy wątpliwości, że to ten… i że to ta….

Czekaliśmy na siebie bardzo długo, a takie czekanie wiele zmienia. Kilkanaście lat marzyliśmy o wspaniałej żonie i cudownym mężu; czekaliśmy na siebie w narzeczeństwie, czekamy nieraz i w małżeństwie. Nasze czekanie było i jest pełne pragnień, ale jak się okazuje również i oczekiwań. Sztuką jest odróżnić jedne od drugich.

Jako ludzie mamy różne doświadczenie czekania. Jedni czekają aktywnie, biorąc „sprawy w swoje ręce”, inni odpuszczają działanie, wierząc, że to, co ma się stać i tak kiedyś przyjdzie. Czekamy pełni pragnień, z wytęsknieniem, aż nowa rzeczywistość w końcu nastanie. A gdy czas oczekiwania się „przedłuża”, albo – co gorsza – efekt końcowy nie jest tym, czego się spodziewaliśmy, często tracimy siły, porzucamy resztki nadziei i kończymy zrezygnowani.

Adwent bardzo mocno skłania nas do refleksji, na co tak naprawdę czekamy. Ale jest w tym coś więcej. Bo Adwent to czas, który nasze oczekiwanie w przedziwny sposób przemienia…

Nie wierzę, że Jezus zaprasza nas do oderwania się od siebie i skupienia na jakimś abstrakcyjnym wymiarze tych Świąt. Jeśli na Niego czekam, to pragnę, aby stał się bliższy, by bardziej wszedł w moje życie, może coś w nim zmienił, dodał sił na codzienne wyzwania a może nawet czynił wszystko nowe…. Wierzę, że On nie przychodzi w oderwaniu od tego, co aktualnie przeżywamy.

Zadam Ci zatem jedno pytanie: „Na co czekasz…?”.

Ale tak naprawdę, na co?

Na jakiego Boga czekasz? Ile tu Twoich pragnień, a ile oczekiwań?

A może czekasz na człowieka, na pomyślne rozwiązanie jakiejś sprawy, na wymarzoną zmianę (na którą jeszcze brakuje odwagi lub sprzyjających okoliczności) albo „po prostu” na szczęście, jakkolwiek je pojmujesz…

W każdym oczekiwaniu Bóg dialoguje z człowiekiem. Poświadcza to Maryja, która swoją postawą zaprasza do wejścia w osobiste oczekiwanie. Maryja pyta Boga i dostaje odpowiedzi, ale jak to i w naszym życiu bywa – to są wyjaśnienia, którym trzeba zaufać; coś wiadomo, ale więcej w tym tajemnicy i zawierzenia niż jasno wytyczonego planu dla człowieka. Maryja uczy nas dzisiaj, że Bogu w czasie oczekiwania trzeba powiedzieć „Amen”. Tak, przyjmuję, chociaż czasem niewiele rozumiem.

Jak wygląda Twój osobisty dialog z Bogiem, gdy na coś czekasz? Czy Go słyszysz? Jak w swoim oczekiwaniu możesz usłyszeć Go jeszcze wyraźniej?